una chocolata

listopad 4, 2009

Najgorsze już dawno za nami-

-smak słodkich obleśnych godzin,

Gdy w papierowym mieszałam kubku,

Parzącą czekoladę.

Z papieru te wszystkie emocje, z papieru tak samo milczenie,

Lecz ile drzew ściętych i ile zmarnowanego papieru..

Wszechpuste Twoje spojrzenie,

Gdy stygła ta czekolada,

A ciepło wraz z czasem parowało,

Papierowym, miarowym oddechem.

O wiele dalej już jestem, dalej niż możesz przypuszczać,

Już ledwie jedna nitka zahacza…

Jak licha jest ta atrapa!

I nie mam nic do dodania,

Gdy z papieru kubek o moje tłucze się kolana.

Parująca czekolada i mleko w proszku,

Twój i mój włos, w niezrozumiałej symbiozie,

I śnieg, o którym zawsze pisałeś,

i deszcz z moich rzęs, we włosach ukrywany

I wszystkie konserwanty,

barwniki,

aromaty,

Wszystko precz poszło!

Ocieka po mojej spódnicy.

I tylko na dno kubka zaglądam

Jak gdyby w geście znudzenia,

I brwi unoszę zmęczona-

Jak mogłam zapomnieć?

Konfident na dnie się uchował, zdrajca smaku,

Gówno najgorsze.

 

Cukier.

 

Dopiero teraz go widać…

czekolada

listopad 4, 2009

To było jak spacer szkolnym korytarzem w celu kupienia czekolady. Pozycja piąta od góry, 1,70, przy odrobinie szczęścia nawet czekolada i kubek. Cukier- dwie kreski. Wylatująca reszta atakuje Cie z bezceremonialną bezczelnością, próbujesz się bronić, ale ona nokautuje Cię pierwsza- wylot jest na wysokości Twojego krocza… Nauczony doświadczeniem na szczęście już potrafisz wyjąć kubek nie oparzając się przy tym. W końcu to już trzeci rok!

Tak naprawdę wolisz styropianowe kubki. Taki po wypiciu zawartości można obgryźć. Papierowy z odrobiną satysfakcji i irytacji możesz co najwyżej zgnieść. Oczywiście oblejesz się przy tym resztą czekolady.. Straty wliczone w koszta..

Zaglądasz do kubka. Oczywiście możesz wziąć od razu łyka, ale wolisz wiedzieć co pijesz, skąd masz przecież wiedzieć, że automat nie pomylił się i nie nalał Ci kawy, tak bardzo nienawidzisz kawy. Zaglądasz do kubka. Jeżeli jesteś człowiekiem natury głęboko refleksyjnej, zdumiewa Cię lekka pianka na wierzchu, zamyślasz się, odpływasz na ułamek sekundy, szkolny korytarz rozmywa się niczym dekoracja w teatrze, gdy gasną światła, myślisz bóg wie o czym, nie zauważasz schodów w dół… Tak, spadasz, przewracasz się i tłuczesz papierowy kubek. Naprawdę, tłuczesz go. Gorąca czekolada wraz ze wszystkimi swoimi konserwantami i aromatami rozlewa się po korytarzu i ludziach. Rozlała się tylko czekolada, ale Ty czujesz wlewający Ci się za koszulkę potok przekleństw, parę osób na przestrzeni najbliższych 4 metrów nienawidzi Cię, z pewnością chętnie by Cię zabiła.

Stłukłeś papierowy kubek?! Ty idioto…

AUTOBAJKOGRAPHIA

wrzesień 4, 2009

Po zupełnej ciemnej skradam się ulicy,

Nic nie mam na myśli, żadnych niecnych zamiarów…

Wszystko rzec bym chciała i na raz nic nie mogę

A nie powiesz czy to nadmiar, a może też niedomiar materii

Takim braksłowiem mnie raczy.

Po znajomości wpuszczam tylko wiatr we włosy, wypuszczę go potem którymś z uch..

Jestem intruzem na dworze jegomości Rzeczywistości,

Bo widzi Pan, ja tu ewentualnie, podłogi zamiatam,

Gościnnie i tak.

I prawda o mnie jest niczym wiatr ulotna i jak szary płaszcz pożądana i jak nieobita śliwka niespotykana.

Ja się rasberry’owym kremem zajadam, gdy Pan, proszę Pana

Nie ma na życie ochoty,

Ja śpiewam z rana piosenki o piratach, gdy Pan, proszę Pana w trakcie lewego buta jest szukania.

Siatkówki mam jednak szczelnie tęsknotą wypełnione od źrenic aż poprzez tęczówki i po same rzęs końce.

Niech mnie Pan nie pyta za czym ja tęsknię, gdyż to właśnie istotą jest chyba mojego skradania, tą ciemną życia ulicą..

Gdy z zimna wytrzymać nie mogę Szare zakładam Rękawiczki.

W gabinecie alergologicznym

sierpień 14, 2009

W gabinecie alergologicznym:

-Zapraszam panią na bal charytatywny..

-Nie, dziękuję.

-Proszę się dobrze zastanowić. To.. bardzo charytatywny bal (!)

-Doprawdy. Pani sobie jaja robi?

-jaja? Nie… Będą sałatki tropikalne i burmistrz miasta z nową dziewczyną. Będą lekarze.

-a prawnicy będą?

-prawnicy?

-Tak. Lubię prawników.

-ja też.. Tak, ja też lubię prawników! I ma pani rację, zaproszę gnoje! To znaczy, tak, będą prawnicy. Przepraszam.

-Nic nie szkodzi. Kto by się tam liczył ze zdaniem alergologa. Nie uraziła mnie pani..

-kto by się liczył? Może prawnicy? Ah, cholera. To przyjdzie pani czy nie? Zaproszenie zostawiam.

-Dziękuję..

 

*                                            *                                            *

 

Czy ktokolwiek domyślałby się, że szanowana pani doktor z prywatnej kliniki medycznej ma romans? I w dodatku jest hemofobką. I często widzą ją jak wraca ze swoją pielęgniarką- blondynka, niebieskie oczy i długie rzęsy. Koło 5-dziesiątki. Ich konwersacja mimo iż żywa i na pozór nieznacząca nic zupełnie, słowa niczym motyle na wietrze, tak naprawdę przypomina lepką i gęstą ciecz, coś na kształ miodu. Ciecz miodowata i klejąca, niewątpliwie słodka, przelewa się od ust jednej do drugiej, tak jakby ktoś przelewał herbatę aby ją ostudzić. Niewątpliwie tak studzi się herbatę małym dzieciom. I tak właśnie one ze sobą rozmawiały. Słodko i lepiąco. Czy wiedzieliście, że ta pani doktor była lesbijką? Była nią w każdej chwili swojego życia, odkąd skończyła 15 lat. Nawet wtedy gdy wysiadała ze swojego różowego trabanta i pozdrawiała woźnego, osiedlowego gbura a on mierzył jej nogi od kostek po same kolana, wyżej chyba nie było co. Ale ona- hemofobka i lesbijka, nieświadoma niedojrzałej miłości miejscowego gbura, tak bardzo opartej na pożądaniu, i zakochana w pielęgniarce, była szczęśliwa. No chyba że jesteśmy drobiazgowi. Rozbijamy na atomy. Wtedy sytuacja prezentowała się nieco inaczej… On patrzył na jej nogi, bo ona zawsze miała oczko w rajstopie- od kolana w dół, była roztargniona. On ją kochał faktycznie, bo mimo roztargnienia zawsze parkowała trabanta tak, że nie rozwalała kupy liści, którą dopiero co zgarnął. Zupełnie inaczej niż laryngolog i jego fiat 126p. Nikt nie umiał tak ustawić malucha. Tak, że na parkingu nie mieścił się już żaden inny samochód, prócz różowego trabanta. Dalej, ona była zakochana w pielęgniarce, ta tego oczywiście nie odwzajemnia bo ma męża i dzieci. Co do hemofobii jest przecież uciążliwa, i nie tylko dla osób towarzyszących, dla samych hemofobów też. Szczęście pozostaje więc, swoim starym zwyczajem, pojęciem względnym, rzeczą raczej nieuchwytną i niepewną samej siebie. Lekkie i niebanalne ślizga się miedzy dziurami w rajstopach a długimi rzęsami, lejącymi się, na kształt miodu, rozmowami.

Ah, i była daltonistką.

 

*                                            *                                            *

 

Poranne spacery były lepsze od kawy. Lepsze nawet od joggingu, bo nie pokazywały jak słaby jesteś i jak daleko nie masz siły dobiec. Były siłą, każdy krok pojedynczą endorfiną.

A wizyty były jeszcze doskonalsze. Oczyszczające w swoim całym procesie. Jakiś rodzaj nirwany na drewnianym krześle, wokół tabletki, ulotki i waga, ale umysł ponad tym. I jak tu pisać o zwyczajności?

c.d.n.

Falliczny evenement

lipiec 26, 2009

26 lipca, 2009

Dziś tata przyniósł do domu ciekawy bakłażan. Był to niewątpliwie bakłażan-okaz, posiadał bowiem, ni mniej ni więcej, jak tylko część wystającą osobliwie na kształt, jak kto woli- nosa lub penisa. Bakłażan-Okaz oczywiście został od razu z namaszczeniem wypakowany z siatki, oddzielony od szarej gawiedzi warzywnej bez tego typu odstających kończyn. Naturalnie nie godziło się Bakłażanowi-Penisowi dłużej niż to konieczne znosić dyskomforty intermarche’owej siatki na zakupy. Siatka zakupowa jest właściwie torbą ekologiczną, jest duża i można włożyć do niej mnóstwo warzyw… jednak oczywiście nie warzyw-nosów i nie warzyw-penisów, bo te zasługują na nieco bardziej salonowe traktowanie. Albo też parapetowe, bo w naszej kuchni ‘2 na 2’, bakłażan-okaz, bakłażan z penisem i nosem w jednym, na parapecie wygląda co najmniej jak na tronie, gdy go więc tam posadziliśmy, czuliśmy się niezmiernie dumni z naszego bakłażana-Penisa, a także z siebie samych, bo trudno, naprawdę trudno o lepsze miejsce dla takiego oryginału. Patrzyliśmy na bakłażan z nosem, a muszę wspomnieć, że aż łezka kręciła się w oku. Coś tak fenomenalnego w naszym warzywowym koszyku parapetowym! No i cóż to był za nos. Mało to powiedzieć nos rzymski, nos klasyczny. Był to nos tak wysmukły jak tylko potrafią być bakłażanowe nosy, choć specjalnie nie będę się przy tym upierać, jako że widziałam dopiero jeden.. Był jednakże niesamowicie wysmukły i szlachetny, przywodził na myśl dumnych wojowników Sparty powracających z pola bitwy pod Termopilami, albo też nos Madonny na koncercie w Helsinkach, kiedy było 3 stopnie. Relacja live znajduje się na serwisie youtube, po link proszę się zwracać do mnie, osobiście. Gdybym nie odbierała na pewno jestem w łazience, albo toalecie, proszę więc tylko powiadomić ojca, że chodzi o bakłażan, powinien być łagodny w obejściu. Co do nosa… to czy on właściwie potrzebuje komentarza? Sądzę, że nadmierne gadanie jest w tym przypadku zbędne. Gdy się jednak przekrzywiło głowę tak lekko na lewo z powodzeniem zamiast nosa w owym wystającym miejscu widniał członek męski. Penis bakłażana co więcej był również obwisły lub stojący, zależnie jak się ów warzywo obróciło- rzecz zabawna. Kiedy po południu do domu przyszła matka, była nie mniej zachwycona. Oglądała bakłażan z każdej strony po parę razy, odtykając owego dziwnego zjawiska- warzywa z fallusem, i upewniając się czy aby na pewno jest autentyczny i czy można go zjeść… Bakłażan-Penis był bowiem idealnym ucieleśnieniem wszystkich najważniejszych potrzeb, pragnień i tęsknot ludzkich w jednym warzywie. Skupiał, dokładnie rzecz ujmując, w s z e l k i e oralno-oralne potrzeby człowieka, w naszych oczach był niemal żywą osobą! Kiedy matka skończyła iście sakralny proces obmacywania bakłażana, został on z powrotem odłożony na swoje miejsce, swój warzywny tron, by jak przedtem królować wśród innych warzyw i szydzić sobie z ich pospolitości. Bakłażan-nos mógłby z powodzeniem codziennie spluwać Pomidorowi pod nogi, gdyby oczywiście Pomidor zamiast kilku solidnych wałków tłuszczu miał nogi. Bakłażan-nos mógłby również o wiele więcej, w końcu posiadał nos spartański i nos madonny w jednym. Wolę nie zastanawiać się co kryje się w mózgownicy takiego warzywa. Jeżeli by zaś rozprawiać o potencjale seksualnym Bakłażana-penisa, myślę, że również nie potrzebne są zbędne spekulacje na ten temat. Rzeczą oczywistą jest po prostu fakt, że bez problemu, ów bakłażan, zaspokoiłby cały tuzin wygłodniałych kobiet, a także i mężczyzn, bo w dzisiejszym świecie to różnie bywa.

Słowotworzę na mym własnym dworze,

Mam w dupie konwenanse

I nie dam się oprawić w żadną z antyram,

Bo te Wasze anty, i że Wy do mnie anty- to ja już dawno temu znam.

Więc tylko przebieram w słowach, co mi się trzy po po trzy plotą,

Żongluje na wietrze własną ochotą.

Na drutach  robię w bardzo ciężkich butach,

Więc mi łaskawie papier podajcie,

Nim siłą ciężkości niewinnie targnięty

Padnę na ziemię i będę stuknięty.

Bo zdrowe zmysły to jest pierwsza sprawa

Inaczej w Szpitalu naprzód Cię zamkną,

Oczy zawiążą, zapchają tartą.

Gdyż łatwo jest dzisiaj zrobić wariata

z pierwszego lepszego miejskiego furiata.

Głupota po nitkach naszego kosmosu

Szuka na darmo lepszego losu,

Lecz czy nie przyszło jej, szanowni słuchacze, do bani pustej, głupotowej-

-Na Ziemi odnajdzie swojskie klimaty,

Głupota tu siana, obficie, przez laty.

 Lecz  mnie nikt nie powie co głupota dziś znaczy

Bo mnie tym tekstem prędzej zniesmaczy.

Wypaczone pojęcie macie, Rodacy

I gówno wiecie o artysty pracy.

Gdy ja zaglądam w karty pierwszych dam,

Jedno na pewno wiem-

-As, to ja sam!

Reflectio

lipiec 26, 2009

Z pamiętnika choleryka, en peu de reflection, mes dames et monsieurs, dankeszoon pour votre attencion.

 

22 lipca, 2009

Nie mogłam się powstrzymać, jak zwykle. Zwykła fizyczność, nic więcej. Instynkty zwierzęce do granic możliwości. A niby nic co ludzkie, nie jest mi obce. Jak tu się zachowywać ludzko, kiedy wokół tyle pokus… Straciłam przynajmniej zmysł powonienia, nie czuję zapachów. Jedna z dróg do grzechu zamknięta, jeden więcej powód do frustracji. Targa mną kaszel silniejszy niż niejedne wyrzuty sumienia, które zaś milczą ku sprzysiężeniu z węchem. Poziom refleksji wynosi mniej więcej tyle co nic, przytłoczony walącymi zewsząd pokusami konsumpcyjnymi, to jest- wiadomo wszechwiedzący Internet, wszechotumaniający telewizor i wszystko-dające żarcie, to jest nawet miłość, jak się człowiek odpowiednio uodporni na jej (miłości) głębsze aspekty. Z grubsza zaś rzecz ujmując, ów ujemny poziom procesów twórczo-myślowych, tak zwana czarna dziura intelektualna jadowicie poszerza się wspierana aktywnymi działaniami antybiotyków odmużdżających, tudzież o podobno również przeciwzapalnym działaniu. W opisie wspominano coś o zatokach i płucach, jakby to kogokolwiek obchodziło, w dzisiejszych czasach. Chyba, że znajdzie się wyjątkowo natrętny choleryk, przepraszam, hipochondryk, dociekający terminu swojej nadchodzącej śmierci. Przyczyna- oczywiście zapalenie zatok i płuc 2 in 1, nie może być inaczej. Ale tych zostawmy, bo podobnie jak niedźwiedzie polarne i zdrowo-odżywaijący się, stanowią znaczną mniejszość. A już na pewno nie są istotni. Co do reszty, wcale nie chcę szanownej Reszty do jednego wrzucać worka, jednak proszę szanownej Reszty i jeszcze tych paru procent innych odrzutków, indywidualistów i artystów, sami chyba Państwo widzą jak się nasz kochany świat skutecznie chroni przed wszelkim tym co szlachetne, dotyka kultury, albo w najgorszym przypadku jest nami samymi… Boże, ileż to wysiłku należy włożyć, aby się przed samym sobą obronić! Co do antybiotyku skutecznie usprawiedliwia panoszące się niczym we własnym domu marazm, lenistwo i niewrażliwość, które nas sprowadziły tu, gdzie teraz stoimy. Wbrew pozorom niemal wszyscy w jednym miejscu. Wcale nie będę się sprzeczać gdy mi ktoś zarzuci nieobiektywność moich osądów. Siłą rzeczy to co piszę, wynika głównie z moich własnych doświadczeń i obserwacji, niestety chwilowo również auto-obserwacji. Nieobiektywność ta jednak nie powinna szczególnie ujmować temu tekstowi, jako że szczerze wierzę, jakobym się z każdym słowem pięła coraz wyżej ku przebudzeniu i coraz głębiej dokopywała się w piaskownicy pełnej szarego piachu do czegoś szczególnego pod spodem… Nie to, że czekam na refleksje w swej postaci piękne doskonale, wystające z rękawa niczym spłoszony własną wyjątkowością as, niczym jakiś bonus, wśród sterty śmieci, czy też prawdziwa porcelana na rynku z chińszczyzną. Po prostu staję na palcach mając wokół siebie ten cały śmietnik Wasz i Nasz, mój i tego świata i patrzę co znajdę po drugiej stronie. Poniekąd też powoli dorastam, by zajrzeć do siebie. Może to jest własnie jakaś droga. Owo wypróżnianie się z myśli, niekoniecznie odpadów, będące formą oczyszczenia i wspinaczki. Nie twierdzę, że idę dobrą drogą. Jeszcze wciąż poszukuję.  

* * *

25 lipca, 2009

Poczułam się przed chwilą znowu bardzo mała. Znowu jak dziecko, za zupełnie niedawnych lat. Ostatecznie jaką- taką dojrzałość odczuwam na powierzchni  skóry niczym gęsią skórkę, spowodowaną późno-letnim ‘wiaterkiem’. Wiaterek owiewa mnie świadomością, coraz bardziej wyraźną i, momentami, swymi tańczącymi płomieniami podpalającą skórę na powierzchni mojego ciała. Świadomość sama w sobie istniała ‘gdzieś tam’ zawsze. Teraz jednak jej kształt nie jest już tak bezpłciowy i coraz więcej wiem na temat tego, co z ową świadomością robić należy… Nie mam już tyle czasu co rok, dwa i trzy temu. Coraz bardziej spinam się, tracę poczucie lekkości. Spinam się jednak nie zawsze we właściwych momentach, balansuję pomiędzy tym co dorzeczne i niedorzeczne, tym co dorosłe i nastoletnie i dziecinne, i tak dalej…  Niemal już się skupiam, gdy przypominam sobie o celach, ale wciąż tańczę na wietrze. Raz to jest dobrze, a raz źle,.

* * *

czerwiec 6, 2009

P1014760

re-operacja

czerwiec 6, 2009

do wnętrza duszy infiltracja?

mak nas usypia, proszę Pani